niedziela, 14 lutego 2016

Define yourself

Ostatnio przyszła mi do głowy pewna myśl. Opisuję Wam tutaj jak to fajnie mieć swój styl, odkryć swoją niszę i zawładnąć nią bezwzględnie, wyrażać siebie inaczej niż pozostali w około. Wyraziście, barwnie. No właśnie, ta myśl dała mi do zrozumienia coś fundamentalnego, co burzy mój dotychczasowy porządek. Bo jakby się tak dokładnie przyjrzeć, to ja w zasadzie nie mam swojego stylu.
Nie jestem emo ani korposzczurem. Nie znajdziecie mnie wśród hippisów, hipsterów ani hip hopowców. Nie należę do żadnej subkultury i nie identyfikuję się tak naprawdę z żadną grupą społeczną. Jestem sam sobie i mój sposób ubierania się zależy głównie od humoru. Doszedłem do tego wniosku przeglądając swoje fanty i analizując, jak to mam zawsze w zwyczaju przed przyjściem wiosny, wszystkie kombinacje alpejskie mojej garderoby. Mieszam buty, spodnie, okrycia, które przez zimę udało mi się zdobyć w zakupowym szale ze starszą częścią szafy. Tworzę nowe połączenia, inspirując się swoją wyobraźnią. Zauważyłem, że te wszystkie rzeczy, które mam, te zestawy zawczasu skomponowane nie łączy tak po prawdzie nic poza jednym celem: wyglądać i czuć się dobrze. No i właśnie ta potrzeba zrodzona na przestrzeni lat, by wychodząc z domu czuć się ładnie ubranym dała mi do zrozumienia, że aby wypadać należycie, trzeba być elastycznym.
Z myślą, że styl się rozmywa, że nie musi być czarny albo biały, zdefiniowany w zbiorze zamkniętym, ciężko mi się było z początku pogodzić. Chciałem, za wszelką cenę pragnąłem być inny, niepowtarzalny i hermetyczny. Takie moje młodzieńcze samolubne zamiary. Chciałem być kojarzony z konkretnym czymś. Wyrobić sobie własną markę. Jednak zupełnie mi się to nie udawało. Oprócz humoru, do podstawowych czynników definiujących mój OOTD (przyp. - ang. outfit of the day) dochodzą okazja i warunki pogodowe za oknem. Warunki nie zawsze zależne ode mnie, które potrafią wtargnąć w mój plan i wywrócić go do góry nogami. Jak na przykład deszcz, gdy wybierałem się na spacer w zamszowych oksfordach, czy wąskie spodnie, gdy na dworze było ponad trzydzieści stopni. Albo dżins na okrągłe urodziny babci. Niby błahostki, ale potrafiły popsuć mi chwilowo humor, bo już coś było nie tak, nie w zgodzie z moim ówczesnym stylem. Ile razy (dziennie) zdarzało ( i zdarza ciągle) mi się przebierać przed wyjściem w miasto.. Horror! Poczucie estetyki to pojęcie względne i dyskusyjne, jednak jako osoba o artystycznym usposobieniu mam prawo myśleć o sobie w kategoriach obiektywnego dobrego gustu. Przełknijcie to lub nie, znam się na tych sprawach lepiej niż niejedna dziewczyna. Czasami jest to błogosławieństwem, a czasem totalnym przekleństwem. Zwariować można biegając po schodach w jednym bucie i zapinając pospiesznie guziki koszuli w nadziei, ze tym razem będę zachwycony (bądź co najmniej pogodzony) tym, jak ukażę się oczom innych. Niby mam w nosie, co pomyślą ludzie, ale sami wiecie, lubię jak się gapią, więc starać się należy za każdym razem. Słowem, danse masacre! Jak żyć, pani premier, jak żyć?!?!?
Monostyl okazuje się dla mnie nie wystarczający. I tak w mojej szafie doszukać się można rockowych butów i skórzanej kurtki, dżinsowej kamizelki i koszul w fikuśne wzory z lat 80. a także eleganckich kompletów na romantyczne randki i wykwintne wieczory w teatrze. Słowem, mydło i powidło. I mimo, że kojarzy się to raczej z prowadzonym na smyczy chaosem, czuję w tym stanie względny ład i spokój. Mam na sobie, co mi się założy i cieszy mnie ta różnorodność. Dla jasności: nie, nie lubię wszystkiego. To, że nie ograniczam swego wizjonerskiego oka ścianą z dykty, nie oznacza od razu, że ślepo podążam za modą. Co to, to nie (pisałem już o tym tutaj). Mój gust jest selektywny, jak gęsto tkane sito, które grubej tandety nie przepuści. Błędy popełniam w ciągu dalszym, jak każdy, ale nigdy nie idę bezmyślnie za radą tłumu. Po prostu zajadam chipsy z różnych paczek, bo to że lubię paprykowe nie znaczy, że nie mogę tknąć serowych. Wszystko jest kwestią smaku.

sobota, 13 lutego 2016

DEKO-LITERA-CJE

Follow my blog with Bloglovin

Robótki ręczne są dla mnie wyrazem starania, cierpliwości, pomysłowości i miłości, bo często to ona decyduje, że chcemy dla drugiej osoby zrobić coś tak wyjątkowego, że postanawiamy postawić na własne (większe lub mniejsze) umiejętności. Lubię chwalić się tym, co zrobię własnoręcznie, bo czemu nie! Urodzinowe prezenty, ozdoby choinkowe czy dekoracje, wyrażające mnie bardziej niż tysiąc słów. Coś personalizowanego, czego nie znajdę na sklepowych regałach. Kawałek mnie dla kogoś ważnego. Albo tak po prostu, zupełnie dla siebie. Made by twórca całkowicie niepokorny.
Jestem właśnie na etapie kreatywnego zapełniania przestrzeni mojego małego azylu. Od stosunkowo niedawna bowiem jestem właścicielem własnego pokoju. Moje cztery ściany, moje zasady. Marzy mi się miejsce z cząstką mojej duszy w każdym meblu, na każdej półce czy plakacie na ścianie. Chcę stworzyć klimat, który od wejścia przeniknie moich gości do szpiku kości. Stworzyć atmosferę bliskości, bezpieczeństwa, komfortu. By wracali jak najczęściej :)
Od pewnego czasu lubię gościć u siebie ludzi. Kiedyś nie do pomyślenia, bo wiadomo, że u innych zawsze będzie lepiej, fajniej i w ogóle.. Teraz mam w sobie potrzebę, by przyjaciele spotykali się u mnie. To nie kwestia lansu, bo fajny wystrój; po prostu skoro ja dobrze się czuję u siebie w pokoju, moi najlepsi poczują się w ten sam sposób. A o to mi przecież przede wszystkim chodzi.
Na te literki pomysł przyszedł mi zupełnie przypadkiem (znając życie podczas jazdy autobusem, nie pamiętam) a decyzja na jego zrealizowanie to była dosłownie sekunda. Wykorzystałem niepotrzebne pudełka po butach, trochę styropianu, klej Magik i farby, które pamiętają jeszcze czasy gimnazjum. W efekcie mam teraz pięć zgrabnie prezentujących się tekturowych literek 3D we wzorach, które może nie łączą się ze sobą w żaden większy zestaw i z pozostałymi elementami wystroju pokoju w sumie także, ale każda z nich ma w sobie coś indywidualnego. Postawiłem jedynie na kompatybilność moich brzoskwiniowych ścian z głównym kolorem frontu bryłek. Reszta to artystyczny amok :)




poniedziałek, 8 lutego 2016

Jak kupować w second handach

Jakiś czas temu miałem okazję brać udział w warsztatach rozwojowych. Dyskutowaliśmy o tym jak się zmienić, po co to robić i czy w ogóle zachodzi taka potrzeba, po co nam rozwój własnej osoby. Podstawą zmiany narysowanej schematycznie w postaci trójkąta okazała się wiedza na temat danej dziedziny, dalej były umiejętności i zdobyte w konkretnej kwestii doświadczenie, ale na samym szczycie królowały chęci. Po co o tym piszę? Ano właśnie...
Wiele znajomych mi osób odpowiedź, że ten cudowny kaszmirowy szalik mam z używanego, komentuje, że ja to mam szczęście. Im się nie chce, nie potrafią tak chodzić i szukać lub po prostu nie lubią szperać w cudzych szmatkach - wolą pachnące kartonem egzemplarze z metką w kilku językach. Ale każdy, dosłownie każdy mówi, że muszę kiedyś zabrać go/ją na tak zwany Tour de Lump, czyli wycieczkę po miejscowych źródełkach mojego zachwycającego wyglądu. Taa... zawsze się wtedy mieszam, nie tylko dlatego, że komplementy są niespodzianką, ale przede wszystkim dlatego, że ja po prostu nie potrafię wyszukiwać rzeczy dla innych. Jestem lumpeksowym egoistą i mając szansę upolowania czegoś za złotówkę, mam przed oczami wyłącznie sylwetkę własnej osoby. Jestem sępem, łowcą okazji, dla którego liczę się tylko ja. Czas spojrzeć prawdzie w oczy: nie znajdę dla was czegoś ekstra, z góry wybaczcie, ale za to mogę podzielić się z Wami wskazówkami jak to robię, że mi wychodzi.

KROK PIERWSZY: Umiejętne robienie zakupów w second handach to sztuka jak każda inna. Nie trzeba być Einsteinem, żeby wydać pięć złotych na byle zimową kurtkę. Einsteinem trzeba być, żeby te pięć złotych wydać w taki sposób, by czuć się jak po wyjściu z markowego sklepu dla pięknych pań w futrach. Nie kupuję byle czego - to już wiecie; nie kupuję też dlatego, że nie mam innego wyboru. Ubieramy się w końcu tak jak chcemy, a nie dlatego, że jesteśmy na coś skazani. To, co mamy w szafie to jakby nie patrzeć nasz wybór. Żeby być z niego w pełni zadowolonym, należy najpierw dobrze poznać siebie a zaraz potem swoje otoczenie.
Pochodzę z małego miasta, więc nie trudno było ogarnąć wszystkie pobliskie lumpeksy i wyrobić sobie o nich zdanie. Niewielki research i już wiem, gdzie szanse na dobry ciuch są wysokie, a gdzie zerowe. Sprzyjam szczęściu wybierając tylko te wielokrotnie sprawdzone. Czasami używane sieciówki mogą okazać się mniej obfite w zdobycze niż ciasne kliteczki z towarem vintage, ale to polecam przetestować samemu! Każdy ma swój gust a sklepy z towarem z drugiej ręki są zarówno nowoczesne, jak i staromodne czy choćby azjatyckie. Wiedza na temat sklepów, do których macie dostęp, pozwoli Wam dobrze dysponować czasem, bo przecież nikt nie lubi chodzić bez efektu cały dzień.

KROK DRUGI: Gdy już posiądziecie wiedzę na temat lokalnych używanych, musicie wyrobić w sobie nawyk częstego ich odwiedzania. Oczywiście pójście raz od wielkiego dzwonu zwiększa szansę na ciekawe rzeczy (tzw. szczęście żółtodzioba), ale to regularne przeszperki sprawiają, że wiecie co gdzie i jak. Każdy ma swoją taktykę, ja stawiam na zakupy przynajmniej raz w tygodniu. Zawsze też wchodzę do 4-5 sklepów znajdujących się w swojej okolicy, czym zwiększam szansę na sukces. Biorę wygodne buty, coś do picia i szybką przekąskę, bo nie ma nic bardziej zniechęcającego niż burczący w przymierzalni brzuch. Dodatkowo torba na ramię albo plecaczek, by łatwiej się nosiło to, co już wpadło w wasze rączki. Wybieram godziny poranne, bo gdy promocja smaczna, to kto pierwszy ten lepszy. Całe szczęście, że nie jestem kobietą i na moim dziale znajduję zdecydowanie więcej miejsca. Ale nie zawsze jest super komfortowo - jednak do tego trzeba przywyknąć. Ludzie odkładają dla siebie mnóstwo rzeczy, ale wiecie, z reguły 80% towaru wraca z powrotem na swoje miejsce, bo z rozmiarami to taka randka w ciemno. Nie wstydźcie się podpatrywać, co inni sobie wyszperali. Może się okazać, że nie pasuje idealnie i wtedy Wasza kolej na przymiarki. Nie ma też nic żenującego w zapytaniu się konkretnej osoby, czy jak coś, co ma, nie będzie na nią/niego pasowało, to czy może Wam to przekazać. Stawiajcie też na ryzykanckie zagrywki - nie rezygnujcie z czegoś fajnego, bo do Was nie pasuje. Od czego są zasłonki w przymierzalniach! Im bardziej szalony zestaw, tym humor lepszy, bo to jak zabawa w przebierańców. Obowiązkowo selfie do kolekcji!

KROK TRZECI: Nie wygra ten, który robi coś na siłę. Musicie polubić fakt, że grzebiecie z ubraniach z drugiej ręki i się tego zupełnie nie wstydzić. Nie ma zresztą czego! Ja to traktuję jak hobby, a to oznacza, że czerpię z tego nieporównywalną przyjemność. Jeśli z góry zakładasz, że to męczące i w ogóle strata czasu, to odpuść sobie na wstępie. Wytrwałość i cierpliwość to klucz do sukcesu. Nie zbudujecie sobie szafy jedną wizytą w lumpie. To wybieranie pojedynczych elementów pozwoli Wam po czasie cieszyć się dobrze skomponowaną garderobą. Jak puzzel do puzzla tworzy kompletną układankę. Złota rada!

Jednak butki z odzieżą używaną to przede wszystkim loteria. Nigdy nie wiesz na co trafisz, więc same umiejętności i wytrwałość niestety nie wystarczą. Aby wyjść z niepowtarzanym fantem w ręku, trzeba mieć też farta - być w odpowiednim miejscu, o odpowiednim czasie. Czasami można zdobyć prawdziwe skarby, ale przez większość razów mogą to być raczej rzeczy zupełnie podstawowe (które oczywiście świetnie uzupełniają szafę), coś dla domu albo w ogóle nic. Ale warto! Ubrać się dobrze i oryginalnie to dla mnie najlepsza nagroda za te wszystkie wychodzone kilometry i noszone do przymierzalni kilogramy. Polecam, nie namawiam!

piątek, 29 stycznia 2016

SELF-HELP

Lubię wracać do tego, co już było. Jestem z tych sentymentalnych, ale staram się żyć z mottem tu i teraz.  Jeśli miałbym określić jednym słowem, co w modzie uwodzi mnie najbardziej, to wybrałbym chyba słowo vintage. Nie jestem starą duszą. Nie wydałbym milionów monet na podróż w czasie do lat 80. O ile podoba mi się postęp, rozwój technologii i myśli, o tyle to, co dzieje się w modzie współcześnie trochę mnie od siebie odrzuca. Piszę moda, ale tak naprawdę mam na myśli panujące trendy i chwilowe uniesienia, szaleńcze podążanie za listą tzw. must-have. Bezmyślne, bezsensowne, niebezpieczne. W gąszczu wybiegów i dróg na skróty porzucamy ścieżkę, którą sami sobie powinniśmy brukować. Idziemy razem, w owczym pędzie za złotymi poradami tych, co się na wszystkim znają. Trendsetterów.
Wiecie, co mnie irytuje najbardziej na polskich ulicach? Wyrafinowana nijakość i kalkowany pseudoindywidualizm. Wychodząc z domu, czuję się jak w Dniu Świstaka, bo co druga mijana na ulicy dziewczyna wygląda jak klon swojej najlepszej przyjaciółki. Kojarzycie ten typ: rozpuszczone proste włosy, oliwkowa parka ze skórzanymi wstawkami na rękawach, czarne rurki z podwiniętymi nogawkami a na nogach vansy albo air maxy. Ile razy taka osóbka przemknęła Wam przed oczami w ciągu ostatnich kilku miesięcy? Przecież ich są całe hordy. Jak zrozpaczone muszą się czuć przed wyjściem z domu.. przecież każdy chciałby wyglądać oryginalnie, mieć swój własny styl, zostać dostrzeżonym, wyróżnić się na tle innych. Manekiny z witryn popularnych sieciówek wyszły odetchnąć świeżym powietrzem. Czasami się zastanawiam, co by było gdybym był na ich miejscu, gdybym był dziewczyną z licealnych korytarzy, chcącą zabłyszczeć w gronie szkolnych znajomych... Bosz, to przecież brzmi jak codzienna tortura z użyciem żelaznej dziewicy.
Karl Lagerfeld słusznie zauważył, że pomiędzy trendy a tandetnie jest tylko jeden (bardzo krótki zresztą) krok. Moda to kapryśna przyjaciółka, dlatego ja na sezonowe przeboje przestałem już zwracać uwagę. Szkoda nerwów i pieniędzy. Niby wszystko po jakimś czasie wraca i z powrotem podbija gusta rzeszy wielbicieli mody przez duże em, ale wymienianie zawartości szafy co pół roku wcale mnie nie kręci. W związku lubię poczucie stabilności, dlatego wytrwale szlifuję swój gust i swojej wizji samego siebie pozostaję wierny. Przynajmniej się staram. Styl zmienia się z wiekiem, to prawda. Młodość pozwala jednak na szaleństwa, eksperymenty, ryzykowne zagrywki. Kto nie spróbuję czegoś nowego będąc młodym, zostanie potem zachowawczy już do końca. Dlatego ja pozwalam sobie na naprawdę wiele. Zaopatrywanie się w lumpach ma tę podstawową zaletę, że ciuchy tam dostępne są grubo tańsze niż ich sklepowe odpowiedniki. Zamiast przykładowej stówki za dżinsy, płacę za nie nawet dziesięć razy mniej. To pozwala podchodzić do nowych rzeczy z większą swobodą. Często myślę to do mnie nie pasuje, nie mój styl. Ale obiektywnie stwierdzam, ze to coś mi się podoba. Tak na przykład ostatnio zwróciłem uwagę na jasne dżinsy, takie w stylu późnych lat 70. ubiegłego stulecia. W typowej sieciówce pewnie bym je pominął, ale pomyślałem sobie, że w sumie idzie wiosna. Z natury wolę ciemniejsze barwy, ale zaryzykowałem, bo w sumie nic nie tracę, wydając te kilka złotych na dobre gatunkowo spodnie. Dzięki temu otwieram się na nowe pomysły, połączenia trudne choć mogące przynieść niespodziewany sukces. Właśnie to w modzie lubię. Łączenie rzeczy teoretycznie do siebie niepasujących, różnych faktur, materiałów czy kolorów. Styl to zabawa. Ma cię wyrażać kompletnie. Nie chowaj w środku tego piękna, szaleństwa, tej pasji i niepowtarzalnego charakteru. Wyrzuć to z siebie! Często powtarzam sobie, że ubrania są językiem naszych wnętrz, naszych osobowości. Tak wiele ludzi jest nam obcych; mijamy ich na ulicach, w sklepie, nie dając sobie czasu na poznanie. Ciuchy to taki natychmiastowy sposób, by choć odrobinę bliżej kogoś poznać, rozszyfrować, co skrywają pod sobą te warstwy tekstyliów. Dlatego nie bój się wyrażać siebie. Tak mało barwnych ptaków chadza po polskich ulicach. Zrób coś dla mnie i zostań jednym z nich. Daj się dostrzec.

Everything is a statement, especially the outside. Can you speak with your clothes?

niedziela, 24 stycznia 2016

5 rzeczy, które wkurzają mnie w szmateksach

Szperanie w lumpeksach to nie tylko moje hobby. Traktuję to jako sposób na nudę, powód do wygramolenia się o poranku spod pierzynki i mój indywidualny program fitness. To miłość prawdziwa choć nie bezkrytyczna. Oprócz czystej przyjemności jaką daje mi wygrzebanie modowej perełki, czas spędzony w przybytkach taniości może okazać się chwilami irytacji, zawodu a nawet polem walki na śmierć i życie. Wcale nie jest tak słodko jak wszystkim widzącym moje łupy się wydaję. Na każdy och! i ach! pracuję już od dobrych kilku lat. Nie zawsze był to czas, który wspominam z rozkoszą. Bywało krucho, bywało i ciężko. Praca jak każda inna, więc i tu zdarzają się porażki. Piszę praca i pewnie część z was prychnie, myśląc bosz, rzeczywiście hardo tyrasz. O nie, nie! To moje zajęcie wypełniające kreatywną pustkę dnia codziennego. Jestem swoim personalnym stylistą, doradcą wizerunkowym, kostiumografem, shopperem. Zajęcie na pełny etat. Słowem - sam sobie jestem Mają Sablewską. Wiecie, tnę koszty na każdym froncie ;) Elastyczne godziny pracy i wynagrodzenie będące marzeniem każdego zakupoholika - szafa pęka w szwach! A ja chodzę i chudnę. Równowaga we wszechświecie zachowana. O premii w postaci kolekcjonowanych komplementów wspominać nie będę, zachowam choć szczyptę skromności. Ale dzisiaj miało być o minusach, które z perspektywy lat udało mi się zebrać. Rozpocznijmy zatem stylowe odliczanie czyli mój subiektywny ranking najgorszych rzeczy, które mają miejsce w rzeczywistości z drugiej ręki.

Miejsce piąte - kosze z ciuchami do grzebania
Nie cierpię wielkich kontenerów ze szmatami wysypanymi jak ze śmieciary. Tego grzebania jak w fekaliach jakiejś importowanej z Wysp Brytyjskich bieliźniarki. Kosze mnie odstraszają. Wolę wieszaki, bo wieszaki to porządek. Przynajmniej jakaś jego forma. Ramiona bolą od przesuwania tych wiszących wyżej, ale żeby być pięknym trzeba pocierpieć. Nie ma lekko. Unikam sklepów, w których widzę wyłącznie te stojące na nieprzesuwalnych nóżkach drewniane lub metalowe kosze. Kosz to może być na śmieci albo na brudną bieliznę. Ja tu przychodzę z misją jak od samego papieża. Trochę szacunku!

Miejsce czwarte - kurz i zapach taniego proszku do prania
Dla alergika nie ma większej katuszy niż wejście do sklepu, który już od wejścia wita powalającym zapachem proszku do prania marki CocoJumbo. Czasami ten zapach jest tak intensywny, że nie da się wytrzymać i wbrew sobie wychodzę. Ale tani proszek to jedno, a zakurzone podłogi i ciuchy to drugie. Znacie na pewno takie rodzaje lupmeksów, w których nie funkcjonuje system sprzedaży tygodniowej. Są to zazwyczaj jakieś hale albo zapyziałe kliteczki. Bywa tak i siak. Składowane tygodniami a nawet miesiącami rzeczy osiadają kurzem a jeśli w dodatku w oknach wiszą firanki to czas pisać testament. Pył, kurz i roztocze goszczą się tam jak angielskie gwiazdy w talk show Grahama Nortona. A-a! Łukasz mówi sayonara, bitches!

Miejsce trzecie - dni dla bogatych czyli 60 zł/kg
Wyprawa na ciuszki zazwyczaj jest dobrze przeze mnie zaplanowaną wycieczką. Jednak lubię szukać nowych miejsc, nowych źródełek. Czasami trafia się na naprawdę ciekawe sklepy i tym sposobem poszerza swoją second-handową mapkę rogów obfitości. Jednak nowe kąty mogą okazać się bolesne bardziej niż hemoroidy. Opis sytuacji: wchodzę, patrzę, już pazurki piłuję aż tu nagle katastrofa. Nie dość, że towar na wagę, to jeszcze cena za kilogram kosmiczna. Tak się bawić nie będziemy (pobite gary! ha-ha-ha). Nie po to przebieram w rzeczach już noszonych, żeby zapłacić za nie tyle samo lub nawet więcej niż ich pierwotny właściciel.

Miejsce drugie - kobiety grzebiące w dziale męskim
O, tego to po prostu nie wytrzymuję nigdy. Jak widzę jakąś przedstawicielkę płci żeńskiej szperającej w towarze, który wystawiony jest dla mnie, wpadam w szał. Po głowie chodzą mi różne szpilki, ale z ich wbijaniem w ludzi się wstrzymuję. Raczej widowisko wzdycham i się rozpycham. Za nic nie dam przejrzeć towaru przede mną jakiejś typiarze. To mój dział, uszanuj to siostro. I zmykaj czym prędzej na damskie ciuszki, bo jak ja ci zacznę przebierać, to skończysz z płaczem.

Miejsce pierwsze - gdy widzę cudo ale rozmiar się nie zgadza
Nie ma sytuacji łamiącej serce bardziej niż widok żegnających się ze mną wieszaków z pysznościami tak pysznymi, że wytrzepię sakiewkę porządnie w poszukiwania dosłownie ostatniego grosza. Tyle, że one do mnie nie chcą. Ze mną nie chcą. Zapraszam, drzwi szafy dla was są otwarte, szepczę do nich. A one, że nie, że są dla ludzi w rozmiarze XL albo o stopie pół centymetra krótszej. Najgorzej... Wtedy nawet lodzik nie pomoże, nawet trzy wielkie gały. Koniec. Paryż płonie, płonie i moje serduszko. Popiół i diament zamiast kolejnej czarnej perły.

Życie to ciężki kawałek chleba, ale każdy orze jak może. Trzeba sobie w końcu jakoś radzić. Pokonajcie ból i zniechęcenie po porażkach i oszukujcie razem ze mną w tym świecie, w którym ponoć bez metki nie ma podnietki.
No to baaaaaaj!

sobota, 23 stycznia 2016

La qualité est primordiale

Mieliście okazję zobaczyć Wyznania zakupoholiczki? Mój absolutny top5. Rzadko się zdarza, że z przyjemnością oglądam powtórnie ten sam film. Podobnie mam z czytaniem książek. Skoro już coś znam, to niewiele przyjemności sprawia mi przechodzenie przez tę samą treść, mimo iż oceniam ją bardzo wysoko. Są jednak tytuły, które mają w sobie coś tak magnetyzującego, że w połączeniu z wieczorową porą i ciepłą kołdrą stają się preludium do błogich sennych marzeń. Lubię filmy estetyczne, o miłości trudnej choć romantycznej, z modą w tle albo chociaż ze znakomitym zapleczem scenograficzno-kostiumowym. Cenię sobie klimat dymu papierosowego, liści ciskających w szybę frontową francuskiej kawiarenki, muzykę, która nie jest tłem a mówi więcej niż wypowiadane przez postaci kwestie. Uważam się za trudnego widza, rzadko wybucham spontanicznym śmiechem czy ronię łzy. Trzymam wszystko w sobie i zanim ocenię, długo analizuję. Nie czuję się komfortowo, gdy ktoś zaprasza mnie do kina i dosłownie już na napisach końcowych pyta jak było. Wolno trawię, ale za to jak już dojdę do wniosku, że warto było ten film obejrzeć, to polecam całym sobą. Jestem trudny, ale za to wdzięczny.
W Wyznaniach.. jest i moda, jest i dobry ciuch. Jest i przystojniak, do którego nie sposób nie wzdychać i nie dać się porwać w objęcia wiszącej w powietrzu miłości. Wszystko fajne, romantycznie banalne aczkolwiek niezwykle urocze. Jest tam taka scena, w której maniaczki butów i torebek z wyższej półki biją się o ubrania od najlepszych projektantów. Nasza kochana dziewczyna z zielonym szalem wraca do domu z wydawać by się mogło fantastycznymi łupami, jednak wtedy okazuje się, że płaszczyk zamiast ze stuprocentowego kaszmiru ma go w składzie jedyne kilkanaście procent. Dlaczego o tym wspominam? No właśnie..
Wygląd jest wizytówką każdego z nas. Jak cię widzą, tak cię później opiszą podczas ploteczek przy małej czarnej. Poli(chlorek winylu) imitujący nieudolnie skórę, swetry z włókien akrylowych, poliestrowe t-shirty. Tandeta rzuca się w oczy jak gołe cycki, taka prawda. Budując swoją garderobę, nie można wybierać wszystkiego, co wpadnie w oczko. Tych wszystkich markowych rzeczy, która robią piorunujące pierwsze wrażenie, jednak po kilku praniach tracących ten firmowy błysk. Czasami myślisz, że robisz interes życia, podczas gdy za dwa miesiące zaczynasz rozglądać się za nowymi spodniami, bo te jakby straciły na świeżości, kolorze, rozciągnęły się w pasie (może schudłem?). Szkoda pieniędzy na nieprzemyślane zakupy. Kiedyś wstydziłem się chodzić do sklepów z odzieżą używaną, bo to przecież jak przyznać się, że jest się biedakiem. Sorry, ale tak kiedyś myślały dzieciaki w gimnazjum (ja nawet w liceum, ale szejm). Stąd dzięki wsparciu babci i rodziców centrum handlowe raz w miesiącu żegnało mnie kolorowymi reklamówkami z logiem różnych sklepów. Gdy teraz zajrzę do szafy, to rzeczy z przed chociażby dwóch lat mam może dwie. I to nie dlatego, że wyrosłem/schudłem/zniszczyłem. Tak, to prawda, że styl może zmieniłem (w sumie to nabyłem :), ale patrzę przez pryzmat nawet tzw. basiców. Jakość szybko daje się poznać, zwłaszcza gdy jej nie ma. Zrozumiałem to już dawno i dzielę się z wami tą cenną radą. Tak jak patrzę na etykietkę dżemiku truskawkowego czy puszki z kukurydzą, tak zwracam uwagę na skład zapisany na metkach. Postanowiłem inwestować w siebie i w swoją szafę. Bawełna, skóra, denim, kaszmir, wełna, jedwab... Brzmi bogato? I tak właśnie się czuję, mimo że na zakupach wydaję grosze. Lepszy materiał to lepsze samopoczucie, gdy wkładasz na siebie takie ubranie. I wcale nie jest trudno znaleźć ekskluzywne szmatki w second handach (o tym kiedy indziej). Może to nie Bytom ani Peek&Cloppenberg. Może noszę metki, o których nie słyszała większość innych modożerców. Powiem wam, że nie pamiętam kiedy ostatnio kupiłem sobie coś prosto z sieciówki, a mimo to, cieszę się garderobą pełną uginających się wieszaków i pudełek z butami, które są ze mną i pozostaną na długo. Jakość przede wszystkim, to pierwsza zasada dbających o wygląd. Kupujcie na lata a nie tylko na sezon. Dobre gatunkowo materiały, z których uszyte będą wasze piękne ciuszki, odwdzięczą się wam z nawiązką, jeśli dodatkowo odpowiednio o nie zadbacie. Niewiele potrzeba, żeby wyróżnić się na tle innych. Wasz uśmiech i bijący blask pewności siebie sprawi, że nie będą patrzeć na nikogo innego wokół was. A będą, bo ludzie gapić się uwielbiają. Sprawcie, by ta króciutka chwila, gdy już to robią, była tego warta!

piątek, 22 stycznia 2016

Kween of Disaster

Mam duszę artysty - to niezaprzeczalnie przyzna każdy, kto mnie zna. W moim umyśle i w moich rękach drzemie potencjał tak olbrzymi, że czasami aż sam nie nadążam. Uwielbiam prace ręczne; jestem z tych praktycznych, co wolą rozwiązywać problem niż uczyć się na pamięć kolejnych zdań instrukcji obsługi żelazka. Czerpię z tego ogromną radość. Jednak o ile w dziedzinach plastycznych czy cukierniczych czuję się jak w ulubionej parze dzinsów, to po eksperymentowaniu z igłą i nitką, i z nożyczkami nieraz też, nie zawsze było się czym pochwalić. Pamiętam dobrze przerabiane koszulki, tank topy, swetry czy nawet bawełniane tenisówki. Pomysł naturalnie za każdym razem był świetny, baaa nowatorski, wręcz powiewał geniuszem. I za każdym razem ku mojemu zdziwieniu trzeba było tę tchniętą nowym życiem rzecz schować przed mamą gdzieś głęboko na czas na tyle długi, by zapomniała ona o tym, że kiedy jakiś taki beżowy sweterek uśmiechał się z wnętrza mojej szafy. A potem.. a potem spakować ten niewypalony eksperyment do reklamówki i potajemnie wrzucić do kontenera na odzież dla najuboższych. Projektantem mody chyba nie zostanę, nie liczcie na to w tym stuleciu. Moje szkice odzwierciedlają najwidoczniej zupełnie inną epokę. Ale wszystko poszło w niepamięć, gdy zobaczyłem gdzieś w necie zdjęcie chłopaka ubranego na czarno, od stóp do głów z wyjątkiem przepięknej, oversize'owej kamizelki z denimu w wyróżniającym się trawionym kolorze. Ciuszek marzenie. Tak sobie wtedy pomyślałem, pamiętam. Więc od tamtej pory, dniem i nocą z każdą moją wizytą w lumpie miałem w głowie wypisane tłustym drukiem jak lista zakupów: dżinsowa katana. Założyłem z góry, że męskich kamizelek nie uraczę nigdzie, stąd zadecydowałem, że wybór czy przymus, trzeba będzie odciąć rękawy. Przeróbka niby kosmetyczna, ale z moim talentem do psucia ubrań i tak ryzykowna. Po kilku tygodniach poszukiwań w końcu się udało. Za dosłownie siedem złotych stałem się właścicielem świetnej kurteczki DKNY w pożądanym przeze mnie rozmiarze i kolorze. Wystarczył jeden ruch ostrzy, by poczuć, że chyba po raz pierwszy w życiu coś mi się uda!




Łukasz wychodzi z szafy

Od dawna zbieram w sobie siły, żeby powiedzieć to prosto, bez plątania się i owijania w jedwabne kokony; zupełnie tak od niechcenia, bezwiedne jak mój chłopak ma niezły tyłek albo kochanie, jesteś za gruba na te rurki, weź ze dwa rozmiary większe. Co najmniej! Bez egzaltacji, bez uniesień. Zwyczajnie stwierdzić fakt i się go nie wstydzić. To nie jest łatwe, wbrew temu co się słyszy tu i tam, w sumie zewsząd. Tolerancja jest na ustach całego świata, tak przynajmniej podają w wiadomościach. Tych popołudniowych, nie głównego wydania. Wiem to, bo zawsze zdążam na końcówkę. Mój program, ten o emerytowanych bokserach pływających synchronicznie w basenie pełnym truskawkowego kisielu, no więc ten mój program a właściwie to jego powtórki, to nadają go zaraz po tych wiadomościach. Włączam TV wcześniej, bo uwielbiam reklamy, lubię jak ktoś do mnie mówi. A najbardziej to te śpiewane, zawsze wpada mi w ucho jakiś pyszny dżingiel a potem to nie pytajcie! Śpiewam je wszędzie: przy trzepaniu, prasowaniu, pod prysznicem, w warzywniaku! Taka ze mnie Barbra Streisand. A najlepsza na świecie to jest wejściówka do tego mojego show - w stylu późnej Lady Gagi, taka heavy jazzowa. Yeee-eh-ehee-eh-eh! No, ale ja znowu wyprowadziłem siebie na manowce! Typowy Łukasz. Wracam czym prędzej. Nie chcę dłużej ukrywać części mnie, nie chcę żyć za pół ceny, tak niepełnowartościowo. Stawiam czoła światu i postanawiam od dzisiaj żyć w prawdzie. Wiem, że to zaskakujące, że tego po mnie nie widać (ach, te stereotypy), że kto nie wie, to się nie orientuje... Cóż, ja dłużej w ten sposób nie mogę. Jestem....zakupoholikiem. I to z rodzaju tych najgorszych. Nałogowo zatracam się w wyprzedażach; i to nie byle gdzie - uwielbiam sklepy z odzieżą używaną!!! Ha, powiedziałem to. Ale ciary mnie przeszyły. Matko, toż to jakby sam kamień z serca mi właśnie odleciał. Pfffff, normalnie ulga, jak po.. domyślcie się sami ;) Chcecie tego czy nie, ale znamy się już trochę bardziej, jakby od alkowy. Kto mnie akceptuje i zostaje ze mną, palec do budki! Haters back off!
Ok, po radosnym coming oucie chcę powiedzieć jeszcze jedno. Wiem, że spodziewacie się szalonego fotobloga z mnóstwem mega ostrych zdjęć w jakości HD. Każdy lubi sobie popatrzeć na resztki tkwiące między zębami. Jednak ponieważ w zakresie fotografii jestem daleko za egipską karawaną, to nie obiecuję złotych gór. Ale skoro film nakręcony smartfonem może zostać doceniony przez krytyków z całego świata, to ja mogę odnieść sukces ze zdjęciami robionymi aparatem telefonicznym. That's all! No to baaaaj!