piątek, 29 stycznia 2016

SELF-HELP

Lubię wracać do tego, co już było. Jestem z tych sentymentalnych, ale staram się żyć z mottem tu i teraz.  Jeśli miałbym określić jednym słowem, co w modzie uwodzi mnie najbardziej, to wybrałbym chyba słowo vintage. Nie jestem starą duszą. Nie wydałbym milionów monet na podróż w czasie do lat 80. O ile podoba mi się postęp, rozwój technologii i myśli, o tyle to, co dzieje się w modzie współcześnie trochę mnie od siebie odrzuca. Piszę moda, ale tak naprawdę mam na myśli panujące trendy i chwilowe uniesienia, szaleńcze podążanie za listą tzw. must-have. Bezmyślne, bezsensowne, niebezpieczne. W gąszczu wybiegów i dróg na skróty porzucamy ścieżkę, którą sami sobie powinniśmy brukować. Idziemy razem, w owczym pędzie za złotymi poradami tych, co się na wszystkim znają. Trendsetterów.
Wiecie, co mnie irytuje najbardziej na polskich ulicach? Wyrafinowana nijakość i kalkowany pseudoindywidualizm. Wychodząc z domu, czuję się jak w Dniu Świstaka, bo co druga mijana na ulicy dziewczyna wygląda jak klon swojej najlepszej przyjaciółki. Kojarzycie ten typ: rozpuszczone proste włosy, oliwkowa parka ze skórzanymi wstawkami na rękawach, czarne rurki z podwiniętymi nogawkami a na nogach vansy albo air maxy. Ile razy taka osóbka przemknęła Wam przed oczami w ciągu ostatnich kilku miesięcy? Przecież ich są całe hordy. Jak zrozpaczone muszą się czuć przed wyjściem z domu.. przecież każdy chciałby wyglądać oryginalnie, mieć swój własny styl, zostać dostrzeżonym, wyróżnić się na tle innych. Manekiny z witryn popularnych sieciówek wyszły odetchnąć świeżym powietrzem. Czasami się zastanawiam, co by było gdybym był na ich miejscu, gdybym był dziewczyną z licealnych korytarzy, chcącą zabłyszczeć w gronie szkolnych znajomych... Bosz, to przecież brzmi jak codzienna tortura z użyciem żelaznej dziewicy.
Karl Lagerfeld słusznie zauważył, że pomiędzy trendy a tandetnie jest tylko jeden (bardzo krótki zresztą) krok. Moda to kapryśna przyjaciółka, dlatego ja na sezonowe przeboje przestałem już zwracać uwagę. Szkoda nerwów i pieniędzy. Niby wszystko po jakimś czasie wraca i z powrotem podbija gusta rzeszy wielbicieli mody przez duże em, ale wymienianie zawartości szafy co pół roku wcale mnie nie kręci. W związku lubię poczucie stabilności, dlatego wytrwale szlifuję swój gust i swojej wizji samego siebie pozostaję wierny. Przynajmniej się staram. Styl zmienia się z wiekiem, to prawda. Młodość pozwala jednak na szaleństwa, eksperymenty, ryzykowne zagrywki. Kto nie spróbuję czegoś nowego będąc młodym, zostanie potem zachowawczy już do końca. Dlatego ja pozwalam sobie na naprawdę wiele. Zaopatrywanie się w lumpach ma tę podstawową zaletę, że ciuchy tam dostępne są grubo tańsze niż ich sklepowe odpowiedniki. Zamiast przykładowej stówki za dżinsy, płacę za nie nawet dziesięć razy mniej. To pozwala podchodzić do nowych rzeczy z większą swobodą. Często myślę to do mnie nie pasuje, nie mój styl. Ale obiektywnie stwierdzam, ze to coś mi się podoba. Tak na przykład ostatnio zwróciłem uwagę na jasne dżinsy, takie w stylu późnych lat 70. ubiegłego stulecia. W typowej sieciówce pewnie bym je pominął, ale pomyślałem sobie, że w sumie idzie wiosna. Z natury wolę ciemniejsze barwy, ale zaryzykowałem, bo w sumie nic nie tracę, wydając te kilka złotych na dobre gatunkowo spodnie. Dzięki temu otwieram się na nowe pomysły, połączenia trudne choć mogące przynieść niespodziewany sukces. Właśnie to w modzie lubię. Łączenie rzeczy teoretycznie do siebie niepasujących, różnych faktur, materiałów czy kolorów. Styl to zabawa. Ma cię wyrażać kompletnie. Nie chowaj w środku tego piękna, szaleństwa, tej pasji i niepowtarzalnego charakteru. Wyrzuć to z siebie! Często powtarzam sobie, że ubrania są językiem naszych wnętrz, naszych osobowości. Tak wiele ludzi jest nam obcych; mijamy ich na ulicach, w sklepie, nie dając sobie czasu na poznanie. Ciuchy to taki natychmiastowy sposób, by choć odrobinę bliżej kogoś poznać, rozszyfrować, co skrywają pod sobą te warstwy tekstyliów. Dlatego nie bój się wyrażać siebie. Tak mało barwnych ptaków chadza po polskich ulicach. Zrób coś dla mnie i zostań jednym z nich. Daj się dostrzec.

Everything is a statement, especially the outside. Can you speak with your clothes?

niedziela, 24 stycznia 2016

5 rzeczy, które wkurzają mnie w szmateksach

Szperanie w lumpeksach to nie tylko moje hobby. Traktuję to jako sposób na nudę, powód do wygramolenia się o poranku spod pierzynki i mój indywidualny program fitness. To miłość prawdziwa choć nie bezkrytyczna. Oprócz czystej przyjemności jaką daje mi wygrzebanie modowej perełki, czas spędzony w przybytkach taniości może okazać się chwilami irytacji, zawodu a nawet polem walki na śmierć i życie. Wcale nie jest tak słodko jak wszystkim widzącym moje łupy się wydaję. Na każdy och! i ach! pracuję już od dobrych kilku lat. Nie zawsze był to czas, który wspominam z rozkoszą. Bywało krucho, bywało i ciężko. Praca jak każda inna, więc i tu zdarzają się porażki. Piszę praca i pewnie część z was prychnie, myśląc bosz, rzeczywiście hardo tyrasz. O nie, nie! To moje zajęcie wypełniające kreatywną pustkę dnia codziennego. Jestem swoim personalnym stylistą, doradcą wizerunkowym, kostiumografem, shopperem. Zajęcie na pełny etat. Słowem - sam sobie jestem Mają Sablewską. Wiecie, tnę koszty na każdym froncie ;) Elastyczne godziny pracy i wynagrodzenie będące marzeniem każdego zakupoholika - szafa pęka w szwach! A ja chodzę i chudnę. Równowaga we wszechświecie zachowana. O premii w postaci kolekcjonowanych komplementów wspominać nie będę, zachowam choć szczyptę skromności. Ale dzisiaj miało być o minusach, które z perspektywy lat udało mi się zebrać. Rozpocznijmy zatem stylowe odliczanie czyli mój subiektywny ranking najgorszych rzeczy, które mają miejsce w rzeczywistości z drugiej ręki.

Miejsce piąte - kosze z ciuchami do grzebania
Nie cierpię wielkich kontenerów ze szmatami wysypanymi jak ze śmieciary. Tego grzebania jak w fekaliach jakiejś importowanej z Wysp Brytyjskich bieliźniarki. Kosze mnie odstraszają. Wolę wieszaki, bo wieszaki to porządek. Przynajmniej jakaś jego forma. Ramiona bolą od przesuwania tych wiszących wyżej, ale żeby być pięknym trzeba pocierpieć. Nie ma lekko. Unikam sklepów, w których widzę wyłącznie te stojące na nieprzesuwalnych nóżkach drewniane lub metalowe kosze. Kosz to może być na śmieci albo na brudną bieliznę. Ja tu przychodzę z misją jak od samego papieża. Trochę szacunku!

Miejsce czwarte - kurz i zapach taniego proszku do prania
Dla alergika nie ma większej katuszy niż wejście do sklepu, który już od wejścia wita powalającym zapachem proszku do prania marki CocoJumbo. Czasami ten zapach jest tak intensywny, że nie da się wytrzymać i wbrew sobie wychodzę. Ale tani proszek to jedno, a zakurzone podłogi i ciuchy to drugie. Znacie na pewno takie rodzaje lupmeksów, w których nie funkcjonuje system sprzedaży tygodniowej. Są to zazwyczaj jakieś hale albo zapyziałe kliteczki. Bywa tak i siak. Składowane tygodniami a nawet miesiącami rzeczy osiadają kurzem a jeśli w dodatku w oknach wiszą firanki to czas pisać testament. Pył, kurz i roztocze goszczą się tam jak angielskie gwiazdy w talk show Grahama Nortona. A-a! Łukasz mówi sayonara, bitches!

Miejsce trzecie - dni dla bogatych czyli 60 zł/kg
Wyprawa na ciuszki zazwyczaj jest dobrze przeze mnie zaplanowaną wycieczką. Jednak lubię szukać nowych miejsc, nowych źródełek. Czasami trafia się na naprawdę ciekawe sklepy i tym sposobem poszerza swoją second-handową mapkę rogów obfitości. Jednak nowe kąty mogą okazać się bolesne bardziej niż hemoroidy. Opis sytuacji: wchodzę, patrzę, już pazurki piłuję aż tu nagle katastrofa. Nie dość, że towar na wagę, to jeszcze cena za kilogram kosmiczna. Tak się bawić nie będziemy (pobite gary! ha-ha-ha). Nie po to przebieram w rzeczach już noszonych, żeby zapłacić za nie tyle samo lub nawet więcej niż ich pierwotny właściciel.

Miejsce drugie - kobiety grzebiące w dziale męskim
O, tego to po prostu nie wytrzymuję nigdy. Jak widzę jakąś przedstawicielkę płci żeńskiej szperającej w towarze, który wystawiony jest dla mnie, wpadam w szał. Po głowie chodzą mi różne szpilki, ale z ich wbijaniem w ludzi się wstrzymuję. Raczej widowisko wzdycham i się rozpycham. Za nic nie dam przejrzeć towaru przede mną jakiejś typiarze. To mój dział, uszanuj to siostro. I zmykaj czym prędzej na damskie ciuszki, bo jak ja ci zacznę przebierać, to skończysz z płaczem.

Miejsce pierwsze - gdy widzę cudo ale rozmiar się nie zgadza
Nie ma sytuacji łamiącej serce bardziej niż widok żegnających się ze mną wieszaków z pysznościami tak pysznymi, że wytrzepię sakiewkę porządnie w poszukiwania dosłownie ostatniego grosza. Tyle, że one do mnie nie chcą. Ze mną nie chcą. Zapraszam, drzwi szafy dla was są otwarte, szepczę do nich. A one, że nie, że są dla ludzi w rozmiarze XL albo o stopie pół centymetra krótszej. Najgorzej... Wtedy nawet lodzik nie pomoże, nawet trzy wielkie gały. Koniec. Paryż płonie, płonie i moje serduszko. Popiół i diament zamiast kolejnej czarnej perły.

Życie to ciężki kawałek chleba, ale każdy orze jak może. Trzeba sobie w końcu jakoś radzić. Pokonajcie ból i zniechęcenie po porażkach i oszukujcie razem ze mną w tym świecie, w którym ponoć bez metki nie ma podnietki.
No to baaaaaaj!

sobota, 23 stycznia 2016

La qualité est primordiale

Mieliście okazję zobaczyć Wyznania zakupoholiczki? Mój absolutny top5. Rzadko się zdarza, że z przyjemnością oglądam powtórnie ten sam film. Podobnie mam z czytaniem książek. Skoro już coś znam, to niewiele przyjemności sprawia mi przechodzenie przez tę samą treść, mimo iż oceniam ją bardzo wysoko. Są jednak tytuły, które mają w sobie coś tak magnetyzującego, że w połączeniu z wieczorową porą i ciepłą kołdrą stają się preludium do błogich sennych marzeń. Lubię filmy estetyczne, o miłości trudnej choć romantycznej, z modą w tle albo chociaż ze znakomitym zapleczem scenograficzno-kostiumowym. Cenię sobie klimat dymu papierosowego, liści ciskających w szybę frontową francuskiej kawiarenki, muzykę, która nie jest tłem a mówi więcej niż wypowiadane przez postaci kwestie. Uważam się za trudnego widza, rzadko wybucham spontanicznym śmiechem czy ronię łzy. Trzymam wszystko w sobie i zanim ocenię, długo analizuję. Nie czuję się komfortowo, gdy ktoś zaprasza mnie do kina i dosłownie już na napisach końcowych pyta jak było. Wolno trawię, ale za to jak już dojdę do wniosku, że warto było ten film obejrzeć, to polecam całym sobą. Jestem trudny, ale za to wdzięczny.
W Wyznaniach.. jest i moda, jest i dobry ciuch. Jest i przystojniak, do którego nie sposób nie wzdychać i nie dać się porwać w objęcia wiszącej w powietrzu miłości. Wszystko fajne, romantycznie banalne aczkolwiek niezwykle urocze. Jest tam taka scena, w której maniaczki butów i torebek z wyższej półki biją się o ubrania od najlepszych projektantów. Nasza kochana dziewczyna z zielonym szalem wraca do domu z wydawać by się mogło fantastycznymi łupami, jednak wtedy okazuje się, że płaszczyk zamiast ze stuprocentowego kaszmiru ma go w składzie jedyne kilkanaście procent. Dlaczego o tym wspominam? No właśnie..
Wygląd jest wizytówką każdego z nas. Jak cię widzą, tak cię później opiszą podczas ploteczek przy małej czarnej. Poli(chlorek winylu) imitujący nieudolnie skórę, swetry z włókien akrylowych, poliestrowe t-shirty. Tandeta rzuca się w oczy jak gołe cycki, taka prawda. Budując swoją garderobę, nie można wybierać wszystkiego, co wpadnie w oczko. Tych wszystkich markowych rzeczy, która robią piorunujące pierwsze wrażenie, jednak po kilku praniach tracących ten firmowy błysk. Czasami myślisz, że robisz interes życia, podczas gdy za dwa miesiące zaczynasz rozglądać się za nowymi spodniami, bo te jakby straciły na świeżości, kolorze, rozciągnęły się w pasie (może schudłem?). Szkoda pieniędzy na nieprzemyślane zakupy. Kiedyś wstydziłem się chodzić do sklepów z odzieżą używaną, bo to przecież jak przyznać się, że jest się biedakiem. Sorry, ale tak kiedyś myślały dzieciaki w gimnazjum (ja nawet w liceum, ale szejm). Stąd dzięki wsparciu babci i rodziców centrum handlowe raz w miesiącu żegnało mnie kolorowymi reklamówkami z logiem różnych sklepów. Gdy teraz zajrzę do szafy, to rzeczy z przed chociażby dwóch lat mam może dwie. I to nie dlatego, że wyrosłem/schudłem/zniszczyłem. Tak, to prawda, że styl może zmieniłem (w sumie to nabyłem :), ale patrzę przez pryzmat nawet tzw. basiców. Jakość szybko daje się poznać, zwłaszcza gdy jej nie ma. Zrozumiałem to już dawno i dzielę się z wami tą cenną radą. Tak jak patrzę na etykietkę dżemiku truskawkowego czy puszki z kukurydzą, tak zwracam uwagę na skład zapisany na metkach. Postanowiłem inwestować w siebie i w swoją szafę. Bawełna, skóra, denim, kaszmir, wełna, jedwab... Brzmi bogato? I tak właśnie się czuję, mimo że na zakupach wydaję grosze. Lepszy materiał to lepsze samopoczucie, gdy wkładasz na siebie takie ubranie. I wcale nie jest trudno znaleźć ekskluzywne szmatki w second handach (o tym kiedy indziej). Może to nie Bytom ani Peek&Cloppenberg. Może noszę metki, o których nie słyszała większość innych modożerców. Powiem wam, że nie pamiętam kiedy ostatnio kupiłem sobie coś prosto z sieciówki, a mimo to, cieszę się garderobą pełną uginających się wieszaków i pudełek z butami, które są ze mną i pozostaną na długo. Jakość przede wszystkim, to pierwsza zasada dbających o wygląd. Kupujcie na lata a nie tylko na sezon. Dobre gatunkowo materiały, z których uszyte będą wasze piękne ciuszki, odwdzięczą się wam z nawiązką, jeśli dodatkowo odpowiednio o nie zadbacie. Niewiele potrzeba, żeby wyróżnić się na tle innych. Wasz uśmiech i bijący blask pewności siebie sprawi, że nie będą patrzeć na nikogo innego wokół was. A będą, bo ludzie gapić się uwielbiają. Sprawcie, by ta króciutka chwila, gdy już to robią, była tego warta!

piątek, 22 stycznia 2016

Kween of Disaster

Mam duszę artysty - to niezaprzeczalnie przyzna każdy, kto mnie zna. W moim umyśle i w moich rękach drzemie potencjał tak olbrzymi, że czasami aż sam nie nadążam. Uwielbiam prace ręczne; jestem z tych praktycznych, co wolą rozwiązywać problem niż uczyć się na pamięć kolejnych zdań instrukcji obsługi żelazka. Czerpię z tego ogromną radość. Jednak o ile w dziedzinach plastycznych czy cukierniczych czuję się jak w ulubionej parze dzinsów, to po eksperymentowaniu z igłą i nitką, i z nożyczkami nieraz też, nie zawsze było się czym pochwalić. Pamiętam dobrze przerabiane koszulki, tank topy, swetry czy nawet bawełniane tenisówki. Pomysł naturalnie za każdym razem był świetny, baaa nowatorski, wręcz powiewał geniuszem. I za każdym razem ku mojemu zdziwieniu trzeba było tę tchniętą nowym życiem rzecz schować przed mamą gdzieś głęboko na czas na tyle długi, by zapomniała ona o tym, że kiedy jakiś taki beżowy sweterek uśmiechał się z wnętrza mojej szafy. A potem.. a potem spakować ten niewypalony eksperyment do reklamówki i potajemnie wrzucić do kontenera na odzież dla najuboższych. Projektantem mody chyba nie zostanę, nie liczcie na to w tym stuleciu. Moje szkice odzwierciedlają najwidoczniej zupełnie inną epokę. Ale wszystko poszło w niepamięć, gdy zobaczyłem gdzieś w necie zdjęcie chłopaka ubranego na czarno, od stóp do głów z wyjątkiem przepięknej, oversize'owej kamizelki z denimu w wyróżniającym się trawionym kolorze. Ciuszek marzenie. Tak sobie wtedy pomyślałem, pamiętam. Więc od tamtej pory, dniem i nocą z każdą moją wizytą w lumpie miałem w głowie wypisane tłustym drukiem jak lista zakupów: dżinsowa katana. Założyłem z góry, że męskich kamizelek nie uraczę nigdzie, stąd zadecydowałem, że wybór czy przymus, trzeba będzie odciąć rękawy. Przeróbka niby kosmetyczna, ale z moim talentem do psucia ubrań i tak ryzykowna. Po kilku tygodniach poszukiwań w końcu się udało. Za dosłownie siedem złotych stałem się właścicielem świetnej kurteczki DKNY w pożądanym przeze mnie rozmiarze i kolorze. Wystarczył jeden ruch ostrzy, by poczuć, że chyba po raz pierwszy w życiu coś mi się uda!




Łukasz wychodzi z szafy

Od dawna zbieram w sobie siły, żeby powiedzieć to prosto, bez plątania się i owijania w jedwabne kokony; zupełnie tak od niechcenia, bezwiedne jak mój chłopak ma niezły tyłek albo kochanie, jesteś za gruba na te rurki, weź ze dwa rozmiary większe. Co najmniej! Bez egzaltacji, bez uniesień. Zwyczajnie stwierdzić fakt i się go nie wstydzić. To nie jest łatwe, wbrew temu co się słyszy tu i tam, w sumie zewsząd. Tolerancja jest na ustach całego świata, tak przynajmniej podają w wiadomościach. Tych popołudniowych, nie głównego wydania. Wiem to, bo zawsze zdążam na końcówkę. Mój program, ten o emerytowanych bokserach pływających synchronicznie w basenie pełnym truskawkowego kisielu, no więc ten mój program a właściwie to jego powtórki, to nadają go zaraz po tych wiadomościach. Włączam TV wcześniej, bo uwielbiam reklamy, lubię jak ktoś do mnie mówi. A najbardziej to te śpiewane, zawsze wpada mi w ucho jakiś pyszny dżingiel a potem to nie pytajcie! Śpiewam je wszędzie: przy trzepaniu, prasowaniu, pod prysznicem, w warzywniaku! Taka ze mnie Barbra Streisand. A najlepsza na świecie to jest wejściówka do tego mojego show - w stylu późnej Lady Gagi, taka heavy jazzowa. Yeee-eh-ehee-eh-eh! No, ale ja znowu wyprowadziłem siebie na manowce! Typowy Łukasz. Wracam czym prędzej. Nie chcę dłużej ukrywać części mnie, nie chcę żyć za pół ceny, tak niepełnowartościowo. Stawiam czoła światu i postanawiam od dzisiaj żyć w prawdzie. Wiem, że to zaskakujące, że tego po mnie nie widać (ach, te stereotypy), że kto nie wie, to się nie orientuje... Cóż, ja dłużej w ten sposób nie mogę. Jestem....zakupoholikiem. I to z rodzaju tych najgorszych. Nałogowo zatracam się w wyprzedażach; i to nie byle gdzie - uwielbiam sklepy z odzieżą używaną!!! Ha, powiedziałem to. Ale ciary mnie przeszyły. Matko, toż to jakby sam kamień z serca mi właśnie odleciał. Pfffff, normalnie ulga, jak po.. domyślcie się sami ;) Chcecie tego czy nie, ale znamy się już trochę bardziej, jakby od alkowy. Kto mnie akceptuje i zostaje ze mną, palec do budki! Haters back off!
Ok, po radosnym coming oucie chcę powiedzieć jeszcze jedno. Wiem, że spodziewacie się szalonego fotobloga z mnóstwem mega ostrych zdjęć w jakości HD. Każdy lubi sobie popatrzeć na resztki tkwiące między zębami. Jednak ponieważ w zakresie fotografii jestem daleko za egipską karawaną, to nie obiecuję złotych gór. Ale skoro film nakręcony smartfonem może zostać doceniony przez krytyków z całego świata, to ja mogę odnieść sukces ze zdjęciami robionymi aparatem telefonicznym. That's all! No to baaaaj!