Lubię wracać do tego, co już było. Jestem z tych sentymentalnych, ale staram się żyć z mottem tu i teraz. Jeśli miałbym określić jednym słowem, co w modzie uwodzi mnie najbardziej, to wybrałbym chyba słowo vintage.
Nie jestem starą duszą. Nie wydałbym milionów monet na podróż w czasie
do lat 80. O ile podoba mi się postęp, rozwój technologii i myśli, o
tyle to, co dzieje się w modzie współcześnie trochę mnie od siebie
odrzuca. Piszę moda, ale tak naprawdę mam na myśli panujące trendy i
chwilowe uniesienia, szaleńcze podążanie za listą tzw. must-have.
Bezmyślne, bezsensowne, niebezpieczne. W gąszczu wybiegów i dróg na
skróty porzucamy ścieżkę, którą sami sobie powinniśmy brukować.
Idziemy razem, w owczym pędzie za złotymi poradami tych, co się na
wszystkim znają. Trendsetterów.
Wiecie, co mnie irytuje najbardziej na polskich ulicach? Wyrafinowana nijakość i kalkowany pseudoindywidualizm. Wychodząc z domu, czuję się jak w Dniu Świstaka, bo co druga mijana na ulicy dziewczyna wygląda jak klon swojej najlepszej przyjaciółki. Kojarzycie ten typ: rozpuszczone proste włosy, oliwkowa parka ze skórzanymi wstawkami na rękawach, czarne rurki z podwiniętymi nogawkami a na nogach vansy albo air maxy. Ile razy taka osóbka przemknęła Wam przed oczami w ciągu ostatnich kilku miesięcy? Przecież ich są całe hordy. Jak zrozpaczone muszą się czuć przed wyjściem z domu.. przecież każdy chciałby wyglądać oryginalnie, mieć swój własny styl, zostać dostrzeżonym, wyróżnić się na tle innych. Manekiny z witryn popularnych sieciówek wyszły odetchnąć świeżym powietrzem. Czasami się zastanawiam, co by było gdybym był na ich miejscu, gdybym był dziewczyną z licealnych korytarzy, chcącą zabłyszczeć w gronie szkolnych znajomych... Bosz, to przecież brzmi jak codzienna tortura z użyciem żelaznej dziewicy.
Wiecie, co mnie irytuje najbardziej na polskich ulicach? Wyrafinowana nijakość i kalkowany pseudoindywidualizm. Wychodząc z domu, czuję się jak w Dniu Świstaka, bo co druga mijana na ulicy dziewczyna wygląda jak klon swojej najlepszej przyjaciółki. Kojarzycie ten typ: rozpuszczone proste włosy, oliwkowa parka ze skórzanymi wstawkami na rękawach, czarne rurki z podwiniętymi nogawkami a na nogach vansy albo air maxy. Ile razy taka osóbka przemknęła Wam przed oczami w ciągu ostatnich kilku miesięcy? Przecież ich są całe hordy. Jak zrozpaczone muszą się czuć przed wyjściem z domu.. przecież każdy chciałby wyglądać oryginalnie, mieć swój własny styl, zostać dostrzeżonym, wyróżnić się na tle innych. Manekiny z witryn popularnych sieciówek wyszły odetchnąć świeżym powietrzem. Czasami się zastanawiam, co by było gdybym był na ich miejscu, gdybym był dziewczyną z licealnych korytarzy, chcącą zabłyszczeć w gronie szkolnych znajomych... Bosz, to przecież brzmi jak codzienna tortura z użyciem żelaznej dziewicy.
Karl Lagerfeld słusznie zauważył, że pomiędzy trendy a tandetnie jest tylko jeden (bardzo krótki zresztą) krok. Moda to kapryśna przyjaciółka, dlatego ja na sezonowe przeboje przestałem już zwracać uwagę. Szkoda nerwów i pieniędzy. Niby wszystko po jakimś czasie wraca i z powrotem podbija gusta rzeszy wielbicieli mody przez duże em, ale wymienianie zawartości szafy co pół roku wcale mnie nie kręci. W związku lubię poczucie stabilności, dlatego wytrwale szlifuję swój gust i swojej wizji samego siebie pozostaję wierny. Przynajmniej się staram. Styl zmienia się z wiekiem, to prawda. Młodość pozwala jednak na szaleństwa, eksperymenty, ryzykowne zagrywki. Kto nie spróbuję czegoś nowego będąc młodym, zostanie potem zachowawczy już do końca. Dlatego ja pozwalam sobie na naprawdę wiele. Zaopatrywanie się w lumpach ma tę podstawową zaletę, że ciuchy tam dostępne są grubo tańsze niż ich sklepowe odpowiedniki. Zamiast przykładowej stówki za dżinsy, płacę za nie nawet dziesięć razy mniej. To pozwala podchodzić do nowych rzeczy z większą swobodą. Często myślę to do mnie nie pasuje, nie mój styl. Ale obiektywnie stwierdzam, ze to coś mi się podoba. Tak na przykład ostatnio zwróciłem uwagę na jasne dżinsy, takie w stylu późnych lat 70. ubiegłego stulecia. W typowej sieciówce pewnie bym je pominął, ale pomyślałem sobie, że w sumie idzie wiosna. Z natury wolę ciemniejsze barwy, ale zaryzykowałem, bo w sumie nic nie tracę, wydając te kilka złotych na dobre gatunkowo spodnie. Dzięki temu otwieram się na nowe pomysły, połączenia trudne choć mogące przynieść niespodziewany sukces. Właśnie to w modzie lubię. Łączenie rzeczy teoretycznie do siebie niepasujących, różnych faktur, materiałów czy kolorów. Styl to zabawa. Ma cię wyrażać kompletnie. Nie chowaj w środku tego piękna, szaleństwa, tej pasji i niepowtarzalnego charakteru. Wyrzuć to z siebie! Często powtarzam sobie, że ubrania są językiem naszych wnętrz, naszych osobowości. Tak wiele ludzi jest nam obcych; mijamy ich na ulicach, w sklepie, nie dając sobie czasu na poznanie. Ciuchy to taki natychmiastowy sposób, by choć odrobinę bliżej kogoś poznać, rozszyfrować, co skrywają pod sobą te warstwy tekstyliów. Dlatego nie bój się wyrażać siebie. Tak mało barwnych ptaków chadza po polskich ulicach. Zrób coś dla mnie i zostań jednym z nich. Daj się dostrzec.
Everything is a statement, especially the outside. Can you speak with your clothes?
